czwartek, 27 marca 2014

ROZDZIAŁ II

                                                              
      O  nie! dłużej tego nie zniosę!
Spuszczam nerwowo wzrok i wbijam go w moje dłonie, w głębi duszy czując ze pale się od środka.
Moje "męczarnie"przerywa głos nauczycielki i w jednym momencie moje tętno zaczyna wracać do normy.
-No dobrze.. czy ktoś chciałby oprowadzić naszego nowego kolegę i pokazać mu naszą szkołę?-po chwili usłyszałam pełen entuzjazmu i przekonania głos, JEJ głos
-ja!...znaczy..yyyy może ja???-rany zamieszana Amber...bezcenne. Chwila...on..on jej się podoba...kuźwa...
-Amber???hmmm no cóż... dobrze -odpowiedziała z niedowierzaniem w głosie. Po chwili spojrzała na chłopaka wskazując ręką pierwszą ławkę:
-dobrze, zajmij proszę miejsce- chłopak spojrzał się na nią pytającym spojrzeniem, ale po chwili posłusznie wykonał polecenie.
 Do końca lekcji nie mogłam zebrać myśli. Co się ze mną dzieje?!?!?!
     Chwilę później na ziemie ściąga mnie dzwonek.
Pakuje książki, a gdy podnoszę wzrok widzę jak Amber rozmawia z "nowym" i gdy zauważa, że jej się przyglądam uśmiecha się z wyższością... dziwne uczucie biorę plecak po czym szybko wychodzę z klasy.
 Na kolejnych lekcjach jestem nie obecna, i gdy w końcu zbieram s na odwagę by spojrzeć w jego stronę zauważam, że mi się przygląda, przelatuje wzrokiem po jego włosach, ustach, policzkach...aż w końcu nasze spojrzenia się krzyżują, jego błyszczące oczy są prawie czarne, a świat wokół zamiera, cas się zatrzymuje, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku, niczym w transie, o niczym nie myślę, jestem skupiona wyłącznie na nim...jakby istniał tylko on...ale..to przecież chore..ja..nawet go nie znam....a mimo to..rany nigdy nic podobnego nie czułam...
      Z transu wyrywa mnie dzwonek i mimo ze wszyscy wstają my siedzimy wpatrujemy się tak w swoje oczy, on się uśmiecha...po raz kolejny nie jestem pewna czy do mnie czy ze mnie,ale ma piękny uśmiech...
w końcu spuszczam wzrok i delikatnie się uśmiecham, po czym obdarzam go jeszcze jednym spojrzeniem i zaczynam pakowanie książek, wybiegam z klasy, dobiegam do szafki otwieram ją i znajduję broszurkę o wycieczce. Rany zupełnie o niej zapomniałam..chwila ona jest w poniedziałek! jaki dziś jest dzień??? Nerwowo spoglądam na kalendarz w telefonie, jejku dziś jest piątek! trzeba by się spakować..dobra pomyśle o tym w weekend...hmmm ciekawe czy nowy tam będzie?
Ubieram szybko buty i gdy podnoszę wzrok widzę jego...tak pięknie kroczącego przez korytarz uśmiechnął się...do mnie jestem tego pewna! do mnie!czuje jak moje tętno w szaleńczym tępie przyśpiesza, nogi??? ja mam nogi??? matko zaraz upadnę...trzymaj się Abby nie upadaj..nie teraz!
Gdy ja desperacko próbuje utrzymać równowagę do niego podbiega ONA...zarzuca mu ręce na szyje, chłopak jest tym wyraźnie zaskoczony i delikatnie zdejmuje jej ręce ze swojej szyi, z uśmiechem typu "nie znam Cię".  trochę mu współczuję, ale po chwili widzę jak przychodzi jej banda a on idzie razem z nimi...pasuje do nich idealne ciuchy, piękne włosy jest idealny...a może i w głębi duszy jest taki jak oni??
Przez tą okropną myśl, uśmiech całkowicie znika z mojej twarzy... patrze jeszcze przez chwile jak z nimi żartuje, śmieje się i rozmawia po czym uświadamiam sobie, że on naprawdę tam pasuje...
Trzaskam drzwiami od szafki, jestem wściekła, zła ahhh dlaczego???
chowam kluczyk do plecaka i niekontrolowanie na niego spoglądam,  kiedy mnie zobaczył rzucił mi  pytające spojrzenie, i nagle przestał się śmiać, ale ja tylko pokiwałam głową miałam ochotę się popłakać... wiec szybko się odwróciłam i wybiegłam ze szkoły.
Ponieważ biegłam przez całą drogę w domu byłam za kilka minut.
Wbiegłam do domu ze łzami w oczach,ale chwile później zastygłam w bezruchu.
To przecież płaszcz mojej matki..rzuciłam plecak po czym cicho weszłam do salonu tam jej nie było...
weszłam po cichu po schodach.
Przez uchylone drzwi jej sypialni usłyszałam jej głos...chyba rozmawia przez telefon:
-Tak...myhmm... ja też cię kocham...słucham?? ahh nie, nie spokojnie....tak, tak w pierwszy samolot, tak.....
nie nie będzie z tym problemu....Rick..przecież mówiłam Ci, że moja firma będzie tam miała po prostu kolejną posiadłość....przestań...ja po prostu muszę trochę odpocząć...nieee nie mówiłam im jeszcze, nie Justina nie ma a Abbygail powinna zaraz wrócić..noo właśnie wiec muszę się śpieszyć..noo paa..ja ciebie też- w tym momencie wbiegłam do pokoju i zobaczyłam moją matkę pakującą walizki....co to kurwa ma znaczyć?!?!
-co to jest ?!?!-mówię cicho przez zaciśnięte zęby...a łzy napływają mi do oczu...-nic nie odpowiedziała... stała bezruchu...wpatrując się we mnie wystraszonym wzrokiem..
-co to jest !!!! pytam się!!-w tym momencie wybucham płaczem
-zostawiasz nas?..tak po prostu? już nas nie potrzebujesz tak?!?
-kochanie ja po prostu muszę..odpocząć...
-od nas???tak??od nas..
-nie co ty? to nie tak ja muszę... wyjechać
-wyjechać czy uciec!?-nie czekając na jej odpowiedź wybiegam trzaskając drzwiami, wchodzę do siebie do pokoju rzucam się na łóżko i zaczynam płakać...
  Po chwili wchodzi moja rodzicielka, podnoszę się z łóżka i stoję teraz z nią twarzą w twarz...
-jejku dziecko..jak ty wyrosłaś...
-jak nie widziałaś mnie przez dwa lata to co miałam się w rozwoju zatrzymać? bo Ciebie nie było...-popatrzyła na mnie przepraszającym wzrokiem, ale ja odwróciłam głowę
-opłaciłam Ci wycieczkę...-spojrzałam się na nią ze łzami w oczach
-tyle tylko chcesz mi powiedzieć po dwóch latach???tylko na tyle cie stać???
-ja...
-kiedy miałaś mi zamiar to powiedzieć.. mi i Justinowi?-spojrzała się na swoje dłonie w których trzymała list
-czyli nawet nie miałaś zamiaru mi tego powiedzieć prosto w twarz...-nic nie odpowiedziała-...tak myślałam
-kochanie ja...-zbliżyła się do mnie by mnie przytulić, ale ja zrobiłam krok w tył
-nie dotykaj mnie..
-ale kotku..proszę jestem twoją mamą..chce się z tobą pożegnać
-nie mów tak...ty nigdy nie byłaś moją matką a co dopiero mamą!!!a ja nigdy nie byłam twoją córką, odkąd tata zmarł jestem jedynie twoim ciężarem, przeszkodą do wolności...
-misiu jak możesz tak mówić!dałam ci wszystko ubrania, buty piękny pokój dom, nigdy nie chodziłaś głodna!
-ale ja przez te całe 17 lat mojego życia potrzebowałam mamy....a nie twoich pieniędzy gdyby nie to ze co miesiąc przysyłałaś nam pieniądze pewnie wogóle nie utrzymywałabyś z nami kontaktu...
-ale ja przecież jestem mamą...waszą mamą...
-nie, jedyne co zrobiłaś to nas urodziłaś i byłaś dla nas przez pięć lat..a potem zmarł tata i od tamtej pory..zniknęłaś...a twoje imię widniało tylko na kopertach z przelewem...i wiesz co?
Przez pierwsze pół roku dzień w dzień sprawdzałam skrzynkę pocztową...czy przypadkiem nie napisałaś, kiedy na kopercie widniał napis "Emma Jenifer Collins-Evans" pojawiał się uśmiech na mojej twarzy i pełna euforii bieglam do domu żeby otworzyć list od Ciebie.....ale jedyne co tam znajdywałam..to pieniądze...nic więcej.. aż w końcu przestałam się łudzić ze coś dla ciebie znacze...
-ale tooo...nie tak, ja...
-nic!..nie mów...nie chce Cie znać!!!nigdy nie byłaś i nigdy nie będziesz moją matką, nie potrzebuje Ciebie...jak widzisz żyje...więc możesz jechać sobie do swojego kochasia...ja sobie dam rade i jestem pewna ze Jim też...
-Jim??? kto to "Jim"???
-nie rozśmieszaj mnie nawet!!!Justin Jim Evans twój syn, a mój brat który mnie wychowywał bo ty robiłaś karierę!!! i co ty twierdzisz ze jesteś naszą matką??? nawet nie pamiętasz naszych imion!!!
-ohh kochanie..ja..tak mi głupio...po prostu te imiona są..takie dziwne..-o nie, teraz już przesadziła..
-To tata wybrał nam nasze drugie imiona!!! i nie są dziwne tylko wyjątkowe!!! a ja jestem z nich dumna!
dobra wiesz co?...ja nie chce mieć z tobą żadnego kontaktu jedź już, idź sobie ułóż życie...mną się nie przejmuj...zresztą.. nigdy tego nie robiłaś..a i nie chce twoich pieniędzy możesz się nimi udławić! ze swoim Rickiem! wychodzę, kiedy wrócę ma Cię tu nie być! rozumiesz??? nie chce cie znać!...żegnam...-po tych słowach zostawiłam ją zapłakaną i wybiegłam z domu...padał deszcz którego krople spływające po mojej twarzy skutecznie zakrywały moje łzy...biegłam..przed siebie...byle dalej...uciekać...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz