piątek, 28 marca 2014

ROZDZIAŁ III

     Nie pamiętam kiedy ostatnio tak szybko biegłam...
Cała moja złość, która zbierała się we mnie przez te prawie całe 17 lat teraz wydostaje się na zewnątrz...
I gdy zamyślona biegnę, w pewnym momencie "budzi" mnie krzyk:
-AŁA!!!Ej młoda uważaj gdzie lecisz!-w tym też momencie podnoszę głowę, to mój Justin, ze swoją grupką
-matko jedyna! Hope! co się stało?!?!- ale ja nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa wtulam się teraz w jego szerokie ramiona i zaczynam cicho łkać...on obejmuje mnie, przeczesując palcami moje włosy. Nagle wszystko cichnie słychać tylko mój płacz i krople deszczu bezwładnie opadające na ziemie...nikt się nie odzywa, znajomi mojego brata stoją wpatrując ze we mnie z żałobną ciszą ale ja nie chce na nich patrzeć... wtulam się jeszcze mocniej i zaciskam oczy, czując jednocześnie ze Justin ściska mnie jeszcze mocniej....jak dobrze, że on jest tu przy mnie...odkąd nie ma taty on mi go zastępował...
-chłopaki...odezwę się później, pozdrówcie resztę i powiedzcie, że zobaczymy się innym razem-mówi to tak poważnie..jak nie mój żartobliwy zawsze młody i beztroski Jim...tylko jak dorosły...ale to dobrze że teraz nie żartuje...zawsze wie jak się zachować..odziedziczył to po ojcu...ahh tato...wszystko by było inne gdybyś ty tu był...grupka w ciszy odeszła a my stoimy wtuleni w siebie, oblewani strugami deszczu...
-co się stało, ktoś Ci coś zrobił, któryś z tych typów z twojej klasy cie dotknął???-w jego głosie wyraźnie czuć pogardę
-Abby powiedz jeśli tak to mają połamane kręgi..jeden po drugim..chyba pozabijam...Hope???co się stało-odsuwa mnie od siebie tak by móc spojrzeć mi w oczy, ale ja spuszczam głowę i delikatnie się uśmiecham
-nie...spokojnie...nie musisz nikogo zabijać...chodzi o...-jak JĄ nazwać...
-Abby powiedz do cholery o kogo chodzi???
-ONA przyjechała...
- ale to przecież dobrze, tyle na nią czekałaś- kontynuowałby to dalej ale musiałam to przerwać..
-ucieka...-w jednej chwili milknie
-co???jak to??matka?
-tak...ona ma tam kogoś....
-skąd wiesz?
-słyszałam jak rozmawia z nim przez telefon....wiesz co jest najgorsze?nawet nie miała zamiaru powiedzieć nam tego prosto w twarz...chciała nam zostawić list...no i powiedziałam żeby udławiła się z nim swoimi pieniędzmi, ze ich nie potrzebuje...że nigdy nie była moją matką....i że jej też nie potrzebuje...-przytulił mnie mocno...i zaczęłam płakać tak głośno...jak nigdy...on mnie ścisnął jeszcze mocniej...
-Hope...wszystko...ja jestem tu przy tobie....ja Cię nigdy nie opuszczę....jesteśmy w tym razem...
-Kłamałam...
-co???
-kłamałam...ja jej potrzebuje...-czuje jak bierze głęboki oddech...-ale już powiedziałam jej ze ma się stąd wynosić i jak wrócę ma jej już nie być w domu....mimo że jej potrzebuje, to nie chce jej widzieć na oczy....nienawidzę jej..-chwila...on ten oddech, on powstrzymuje płacz...ostatnim razem widziałam go w takim stanie gdy...tata..zmarł.. podniosłam głowę tak by spojrzeć w jego oczy...były tak jak ojca...głęboko niebieskie...dobre...
Uniosłam głowę i w strugach deszczu dostrzegłam łzę...jedną małą łzę wolno spływającą po jego policzku...
-dlaczego płaczesz?...ty nigdy tego nie robisz..
-hope...jesteś moją jedyną rodziną...patrzenie na twój ból jest dla mnie największą torturą na świecie....a najbardziej boli mnie to ze nie mogę zrobić nic by wziąć to całe cierpienie na siebie....wiem o Tobie więcej niż myślisz...nie raz przychodziłem w nocy gdy spałaś i znajdywałem np. butelki po wisky...najgorsze były zakrwawione żyletki na podłodze w łazience...wiem ze jesteś inna....ojciec też to wiedział...gdy tylko się urodziłaś..ja miałem wtedy ok 3 lata....on gdy miałem może z 5 lat powiedział mi, że gdy tylko po raz pierwszy trzymał cię w ramionach...i spojrzałaś w jego oczy...już wiedział, że jesteś wyjątkowa...inna...lepsza.
Proszę Cię nie przejmuj się NIĄ....ja jestem z tobą...-czuje się przy nim taka bezpieczna..kochana...przytula mnie jeszcze mocno przez kilka sekund po czym obejmuje mnie ramieniem i prowadzi do domu...jest już ciemno...ale po chwili zatrzymuje mnie myśl...
-aa jeśli ona tam jeszcze jest???
-nie bój się...zaraz jej i tak nie będzie...nie będziesz musiała z nią zamieniać nawet jednego słowa....
      Dotarliśmy do domu..moje obawy się spełniły...ONA tam była...

czwartek, 27 marca 2014

ROZDZIAŁ II

                                                              
      O  nie! dłużej tego nie zniosę!
Spuszczam nerwowo wzrok i wbijam go w moje dłonie, w głębi duszy czując ze pale się od środka.
Moje "męczarnie"przerywa głos nauczycielki i w jednym momencie moje tętno zaczyna wracać do normy.
-No dobrze.. czy ktoś chciałby oprowadzić naszego nowego kolegę i pokazać mu naszą szkołę?-po chwili usłyszałam pełen entuzjazmu i przekonania głos, JEJ głos
-ja!...znaczy..yyyy może ja???-rany zamieszana Amber...bezcenne. Chwila...on..on jej się podoba...kuźwa...
-Amber???hmmm no cóż... dobrze -odpowiedziała z niedowierzaniem w głosie. Po chwili spojrzała na chłopaka wskazując ręką pierwszą ławkę:
-dobrze, zajmij proszę miejsce- chłopak spojrzał się na nią pytającym spojrzeniem, ale po chwili posłusznie wykonał polecenie.
 Do końca lekcji nie mogłam zebrać myśli. Co się ze mną dzieje?!?!?!
     Chwilę później na ziemie ściąga mnie dzwonek.
Pakuje książki, a gdy podnoszę wzrok widzę jak Amber rozmawia z "nowym" i gdy zauważa, że jej się przyglądam uśmiecha się z wyższością... dziwne uczucie biorę plecak po czym szybko wychodzę z klasy.
 Na kolejnych lekcjach jestem nie obecna, i gdy w końcu zbieram s na odwagę by spojrzeć w jego stronę zauważam, że mi się przygląda, przelatuje wzrokiem po jego włosach, ustach, policzkach...aż w końcu nasze spojrzenia się krzyżują, jego błyszczące oczy są prawie czarne, a świat wokół zamiera, cas się zatrzymuje, a ja nie mogę oderwać od niego wzroku, niczym w transie, o niczym nie myślę, jestem skupiona wyłącznie na nim...jakby istniał tylko on...ale..to przecież chore..ja..nawet go nie znam....a mimo to..rany nigdy nic podobnego nie czułam...
      Z transu wyrywa mnie dzwonek i mimo ze wszyscy wstają my siedzimy wpatrujemy się tak w swoje oczy, on się uśmiecha...po raz kolejny nie jestem pewna czy do mnie czy ze mnie,ale ma piękny uśmiech...
w końcu spuszczam wzrok i delikatnie się uśmiecham, po czym obdarzam go jeszcze jednym spojrzeniem i zaczynam pakowanie książek, wybiegam z klasy, dobiegam do szafki otwieram ją i znajduję broszurkę o wycieczce. Rany zupełnie o niej zapomniałam..chwila ona jest w poniedziałek! jaki dziś jest dzień??? Nerwowo spoglądam na kalendarz w telefonie, jejku dziś jest piątek! trzeba by się spakować..dobra pomyśle o tym w weekend...hmmm ciekawe czy nowy tam będzie?
Ubieram szybko buty i gdy podnoszę wzrok widzę jego...tak pięknie kroczącego przez korytarz uśmiechnął się...do mnie jestem tego pewna! do mnie!czuje jak moje tętno w szaleńczym tępie przyśpiesza, nogi??? ja mam nogi??? matko zaraz upadnę...trzymaj się Abby nie upadaj..nie teraz!
Gdy ja desperacko próbuje utrzymać równowagę do niego podbiega ONA...zarzuca mu ręce na szyje, chłopak jest tym wyraźnie zaskoczony i delikatnie zdejmuje jej ręce ze swojej szyi, z uśmiechem typu "nie znam Cię".  trochę mu współczuję, ale po chwili widzę jak przychodzi jej banda a on idzie razem z nimi...pasuje do nich idealne ciuchy, piękne włosy jest idealny...a może i w głębi duszy jest taki jak oni??
Przez tą okropną myśl, uśmiech całkowicie znika z mojej twarzy... patrze jeszcze przez chwile jak z nimi żartuje, śmieje się i rozmawia po czym uświadamiam sobie, że on naprawdę tam pasuje...
Trzaskam drzwiami od szafki, jestem wściekła, zła ahhh dlaczego???
chowam kluczyk do plecaka i niekontrolowanie na niego spoglądam,  kiedy mnie zobaczył rzucił mi  pytające spojrzenie, i nagle przestał się śmiać, ale ja tylko pokiwałam głową miałam ochotę się popłakać... wiec szybko się odwróciłam i wybiegłam ze szkoły.
Ponieważ biegłam przez całą drogę w domu byłam za kilka minut.
Wbiegłam do domu ze łzami w oczach,ale chwile później zastygłam w bezruchu.
To przecież płaszcz mojej matki..rzuciłam plecak po czym cicho weszłam do salonu tam jej nie było...
weszłam po cichu po schodach.
Przez uchylone drzwi jej sypialni usłyszałam jej głos...chyba rozmawia przez telefon:
-Tak...myhmm... ja też cię kocham...słucham?? ahh nie, nie spokojnie....tak, tak w pierwszy samolot, tak.....
nie nie będzie z tym problemu....Rick..przecież mówiłam Ci, że moja firma będzie tam miała po prostu kolejną posiadłość....przestań...ja po prostu muszę trochę odpocząć...nieee nie mówiłam im jeszcze, nie Justina nie ma a Abbygail powinna zaraz wrócić..noo właśnie wiec muszę się śpieszyć..noo paa..ja ciebie też- w tym momencie wbiegłam do pokoju i zobaczyłam moją matkę pakującą walizki....co to kurwa ma znaczyć?!?!
-co to jest ?!?!-mówię cicho przez zaciśnięte zęby...a łzy napływają mi do oczu...-nic nie odpowiedziała... stała bezruchu...wpatrując się we mnie wystraszonym wzrokiem..
-co to jest !!!! pytam się!!-w tym momencie wybucham płaczem
-zostawiasz nas?..tak po prostu? już nas nie potrzebujesz tak?!?
-kochanie ja po prostu muszę..odpocząć...
-od nas???tak??od nas..
-nie co ty? to nie tak ja muszę... wyjechać
-wyjechać czy uciec!?-nie czekając na jej odpowiedź wybiegam trzaskając drzwiami, wchodzę do siebie do pokoju rzucam się na łóżko i zaczynam płakać...
  Po chwili wchodzi moja rodzicielka, podnoszę się z łóżka i stoję teraz z nią twarzą w twarz...
-jejku dziecko..jak ty wyrosłaś...
-jak nie widziałaś mnie przez dwa lata to co miałam się w rozwoju zatrzymać? bo Ciebie nie było...-popatrzyła na mnie przepraszającym wzrokiem, ale ja odwróciłam głowę
-opłaciłam Ci wycieczkę...-spojrzałam się na nią ze łzami w oczach
-tyle tylko chcesz mi powiedzieć po dwóch latach???tylko na tyle cie stać???
-ja...
-kiedy miałaś mi zamiar to powiedzieć.. mi i Justinowi?-spojrzała się na swoje dłonie w których trzymała list
-czyli nawet nie miałaś zamiaru mi tego powiedzieć prosto w twarz...-nic nie odpowiedziała-...tak myślałam
-kochanie ja...-zbliżyła się do mnie by mnie przytulić, ale ja zrobiłam krok w tył
-nie dotykaj mnie..
-ale kotku..proszę jestem twoją mamą..chce się z tobą pożegnać
-nie mów tak...ty nigdy nie byłaś moją matką a co dopiero mamą!!!a ja nigdy nie byłam twoją córką, odkąd tata zmarł jestem jedynie twoim ciężarem, przeszkodą do wolności...
-misiu jak możesz tak mówić!dałam ci wszystko ubrania, buty piękny pokój dom, nigdy nie chodziłaś głodna!
-ale ja przez te całe 17 lat mojego życia potrzebowałam mamy....a nie twoich pieniędzy gdyby nie to ze co miesiąc przysyłałaś nam pieniądze pewnie wogóle nie utrzymywałabyś z nami kontaktu...
-ale ja przecież jestem mamą...waszą mamą...
-nie, jedyne co zrobiłaś to nas urodziłaś i byłaś dla nas przez pięć lat..a potem zmarł tata i od tamtej pory..zniknęłaś...a twoje imię widniało tylko na kopertach z przelewem...i wiesz co?
Przez pierwsze pół roku dzień w dzień sprawdzałam skrzynkę pocztową...czy przypadkiem nie napisałaś, kiedy na kopercie widniał napis "Emma Jenifer Collins-Evans" pojawiał się uśmiech na mojej twarzy i pełna euforii bieglam do domu żeby otworzyć list od Ciebie.....ale jedyne co tam znajdywałam..to pieniądze...nic więcej.. aż w końcu przestałam się łudzić ze coś dla ciebie znacze...
-ale tooo...nie tak, ja...
-nic!..nie mów...nie chce Cie znać!!!nigdy nie byłaś i nigdy nie będziesz moją matką, nie potrzebuje Ciebie...jak widzisz żyje...więc możesz jechać sobie do swojego kochasia...ja sobie dam rade i jestem pewna ze Jim też...
-Jim??? kto to "Jim"???
-nie rozśmieszaj mnie nawet!!!Justin Jim Evans twój syn, a mój brat który mnie wychowywał bo ty robiłaś karierę!!! i co ty twierdzisz ze jesteś naszą matką??? nawet nie pamiętasz naszych imion!!!
-ohh kochanie..ja..tak mi głupio...po prostu te imiona są..takie dziwne..-o nie, teraz już przesadziła..
-To tata wybrał nam nasze drugie imiona!!! i nie są dziwne tylko wyjątkowe!!! a ja jestem z nich dumna!
dobra wiesz co?...ja nie chce mieć z tobą żadnego kontaktu jedź już, idź sobie ułóż życie...mną się nie przejmuj...zresztą.. nigdy tego nie robiłaś..a i nie chce twoich pieniędzy możesz się nimi udławić! ze swoim Rickiem! wychodzę, kiedy wrócę ma Cię tu nie być! rozumiesz??? nie chce cie znać!...żegnam...-po tych słowach zostawiłam ją zapłakaną i wybiegłam z domu...padał deszcz którego krople spływające po mojej twarzy skutecznie zakrywały moje łzy...biegłam..przed siebie...byle dalej...uciekać...


wtorek, 25 marca 2014

ROZDZIAŁ I

                                                               

    I oto nadszedł kolejny dzień.
Bezlitośnie budzi mnie głośny budzik, który zaraz potem ląduje na dodłodze.
Wtulam się jeszcze przez chwile w miękką poduszkę po czym ociężale wstaje z łóżka.
Wchodzę do łazienki i zauważam zakrwawioną żyletkę leżącą w kałuży krwi na podłodze, podnoszę ją po czym przypominam sobie jak towarzyszyła mi wczorajszego wieczoru, chowam ją szybko do szuflady....zajmę się nią potem, patrze w lustro, moje ciemne prawie czarne włosy bez ładu opadają na moje blade policzki, oczy w kolorze 'aqua',jestem taka...inna...dziwna...tak to ja Abbygail Hope Evans...
Schodzę po białych schodach do ogromnego salonu, przechodzę do równie dużej kuchni, otwieram lodówkę wyjmuję mleko po czym wlewam je do miski z płatkami. Justina jak zwykle nie ma w domu...
A matka...jej to praktycznie w ogóle tu nie widzę...
Biorę plecak po czym wychodzę z domu.
Po drodze dużo rozmyślam, chwilę potem jestem już pod szkolną bramą, wchodzę i widze JĄ-słynną Amber Cook...idzie ze swoją paczką wprost na mnie:
-no proszę, proszę kogo my tu mamy?-mówi z nutą groźby w głosie
na chwile się zatrzymuje po czym z sarkastycznym uśmiechem odpowiadam:
-Amber. wybacz, ale nie mam zamiaru marnować czasu na CIEBIE, żegnam.
po tych słowach idę dalej przed siebie nie czekając na jej odpowiedź, słysząc tylko szydzące ze mnie śmiechy jej "bandy" z nią na czele...jak ja jej nie znoszę...co ona do mnie ma?!..
    Podchodzę do szafki biorę wszystkie potrzebne książki po czym powoli idę pustym korytarzem do klasy, jest już po dzwonku. Przed drzwiami do sali biorę jeden głęboki oddech po czym naciskam klamkę i wchodzę.
 Wszyscy patrzą na mnie, nienawidzę tego... spuszczam wzrok i kieruje się w stronę ostatnich ławek wciąż czując pożerające mnie spojrzenia całej klasy, po czym słyszę głos nauczycielki:
-Chyba wypadałoby coś powiedzieć młoda damo?!
-yyy tak jaaa przepraszam-to jedyne co byłam w stanie wydukać.
siadam, wyjmuję książki, po czym podnoszę wzrok na nauczycielkę.
Przez chwilę mi się przygląda po czym przechodzi do kontynuowania swojego monologu:
-moi Drodzy, dziś przyjechał do nas nowy uczeń. Ma na imię Cristopher. Proszę was, bądźcie dla niego mili...a chociaż się postarajcie...-woow jaka miła zazwyczaj wszystkich stawia po kątach...
   W tym właśnie momencie wchodzi wysoki brunet o brązowych oczach oraz wyrazistych rysach twarzy....
Na jego widok poczułam takie....dziwne ukłucie w brzuchu....
Po czym moją uwagę przykuwa Amber poprawiająca się nerwowo-na jej widok na mojej twarzy pojawia się drwiący uśmiech, ale po chwili na ziemie sprowadza mnie piękny lekko zachrypnięty męski głos...jego głos:
-yyy dzień dobry..- w tym momencie zaczął szukać czegoś w kieszeni
-yyyy..Paniii... Eva McCanse?
-ahhh tak ty pewnie jesteś Christopher?tak?-chłopak uśmiechnął się lekko, po czym pokiwał głową
-dobrze w takim razie witamy w naszej szkole, to od dziś jest twoja klasa.
 Chłopak rozejrzał się po sali, po czym zawiesił wzrok na mnie. Uśmiechnął się. ale nie jestem pewna czy do mnie, czy jak większość "ze mnie", poczułam jak robi mi się gorąco, a na moje dotychczas blade policzki,      wypływa czerwony rumieniec...